Artykuł dla "Dziennika Łódzkiego".

Polskie prawo podobnie jak systemy prawne państw zachodniej Europy także skłania się ku koncepcji przewidującej oddanie aktywnym obywatelom wpływu na decyzje kształtujące ich bezpośrednie otoczenie, gdyż przewiduje powoływanie samorządowych jednostek pomocniczych (w Łodzi są nimi rady osiedli) a także, na mocy uchwał radnych, dopuszczenie grupy obywateli do inicjatywy uchwałodawczej.

 Oba te instrumenty demokracji obywatelskiej w Łodzi formalnie funkcjonują, natomiast nie mają szans na realne spełnianie swoich zadań. 

17 grudnia 2008 r. Rada Miejska Łodzi podjęła uchwałę przyznającą grupie co najmniej 6000 obywateli inicjatywę uchwałodawczą. Daje ona obywatelom możliwość zgłaszania własnych projektów uchwał, na przykład powołujących przedszkola, domy kultury, parki, zmieniających opłaty lokalne, inicjujących plany zagospodarowania przestrzennego, a nawet programy rozwoju ścieżek rowerowych. Intencje radnych były niewątpliwie szlachetne. I w zasadzie tylko tyle dobrego o ich uchwale można dziś powiedzieć. Dla aż 6000 wymaganych podpisów ciężko znaleźć logiczne uzasadnienie. W Toruniu wystarczy ich tylko 150, w Szczecinie - 400. Pierwotnie w Łodzi miało ich być 600 (wniosek radnego Sławomira Woracha), jednak radni na wniosek wiceprezydenta Tomaszewskiego (a wcześniej - uwag prezydenta Jerzego Kropiwnickiego) podnieśli ten limit aż dziesięciokrotnie. 

Tymczasem w miastach, gdzie wymagana liczba podpisów jest mała, rady miejskie nie zostały zalane falą obywatelskich projektów, czego obawiali się nasi radni. Warto zauważyć także, że aby zostać radnym obecnej kadencji wystarczyło zdobyć od 580 do 3900 głosów. 

Obawy, że 6000 podpisów okaże się barierą nie do pokonania dla społecznych inicjatyw, urzeczywistniły się dość szybko. W ciągu roku nie została zgłoszona żadna obywatelska uchwała. Zmiana feralnego zapisu o 6000 podpisów to dla miejskich radnych żaden wysiłek, niestety oznaczałoby to przyznanie się do błędu... 

Wobec bierności polityków do akcji wkroczyły organizacje pozarządowe, które w ramach akcji "Łodzianie decydują" zdecydowały się zebrać 6000 podpisów pod projektem uchwały zmieniającej Statut Miasta Łodzi w ten sposób, aby pod każdym następnym projektem obywatelskim wystarczyło zgromadzić 1000 podpisów. Inicjatywę "Łodzianie Decydują" powołały Fundacja "Projekt Łódź", Stowarzyszenie Niezależna Edukacja Otwarta (NEO), Instytut Spraw Obywatelskich, Centrum Promocji i Rozwoju Inicjatyw Obywatelskich OPUS, Redakcja pisma "Obywatel", Instytut Zarządzania Miejscem, Grupa Pewnych Osób, Fundacja Przestrzeń Wyobraźni, Studenckie Forum Business Centre Club, Fundacja na Rzecz Kultury Żywej "Białe Gawrony", Fundacja Ulicy Piotrkowskiej, Stowarzyszenie Inspiratornia. Z czasem do zbiórki przyłączyły się inne łódzkie organizacje.

 
 

Obecnie Polacy według sondaży uważają, że mają mniejszy wpływ na władze niż za PRL, co natychmiast odbija się na frekwencji wyborczej. Podobną sytuację świetnie widać w Łodzi na przykładzie rad osiedli, które powinny być naturalnym miejscem działania dla lokalnych aktywistów. 

W Łodzi istnieje 36 takich rad, w których zasiada po 15-21 radnych, czyli 621 osób w całym mieście. W ich kompetencjach leży opiniowanie projektu budżetu miasta oraz uchwał Rady Miejskiej Łodzi dotyczących danego osiedla, a także prowadzenie działań i inwestycji na rzecz własnej wspólnoty. Kompetencje rad osiedli są niewielkie, ale i tak pozostają niewykorzystane, bo większość obywateli nie wie nawet, że taka instytucja istnieje. Wobec braku zainteresowania mieszkańców radami oraz wyborami do nich, w ich skład wchodzą często osoby które uzyskały ledwie kilkadziesiąt głosów. 
Demokracja obywatelska to jednak nie tylko piękna idea, to także, a może przede wszystkim, kwestie ekonomiczne. Pieniądze dużo bardziej efektywnie wydawane są przez osoby realnie zainteresowane tym, na co będą przeznaczone, niż przez urzędników. 

Mieszkańcy, którzy odczuwają możliwość wpływania na to, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu, zaczynają sami o nie dbać i zwracać uwagę na to, co się dzieje w sąsiedztwie. Czują bowiem, że to wszystko jest ich dobrem wspólnym. Obywatele pozbawieni wpływu na swoje środowisko, zwyczajnie przestają się nim interesować, co po pewnym czasie prowadzi do urzeczywistnienia się skutków teorii wybitych szyb opisanej przez G. Kellinga. Koncepcja ta zakłada, że gdy zaczynamy przyzwalać na jakimś terenie na drobne patologie, za jakiś czas pojawią się kolejne, coraz groźniejsze dla mieszkańców. Taki łańcuch wydarzeń należy jak najszybciej przerwać, zwłaszcza że opisywany przez Kellinga stan ma miejsce na wielu łódzkich osiedlach. Nie da się jednak tego zrobić odgórnym nakazem, musi to wynikać z potrzeby samych mieszkańców, a żeby takową poczuć, muszą oni realnie partycypować w życiu osiedla i miasta. 

I na tym opiera się właśnie koncepcja akcji "Łodzianie decydują". Jeżeli dzięki możliwości łatwiejszego przedkładania projektów uchwał pod obrady Rady Miejskiej uchwalone zostanie chociaż kilka przyjaznych mieszkańcom decyzji rocznie, to i tak warto! Szkoda tylko, że rozwój demokracji obywatelskiej niezbyt leży na sercu radnym Łodzi, powołanym i utrzymywanym z pieniędzy podatników, czego przykładem jest sytuacja rad osiedli. Działały one jak dotąd mniej lub bardziej efektywnie dla dobra lokalnych społeczności. Do czasu, gdy Rada Miejska Łodzi nie wzięła się za poprawianie ich ustroju. 19 listopada 2008 roku miejscy rajcy podjęli uchwałę o przedłużeniu kadencji rad osiedli o dwa lata i połączeniu wyborów do jednostek pomocniczych z pozostałymi wyborami samorządowymi: do Rady Miejskiej, Sejmiku Województwa i na prezydenta miasta. Decyzję swą motywowali chęcią zwiększenia frekwencji w wyborach do rad osiedli.

 

Rozbiór logiczny oficjalnych motywów postępowania miejskich radnych nakazuje doszukiwać się realnych przyczyn takiej, a nie innej decyzji odnośnie rad osiedli w motywach czysto politycznych. Połączona samorządowa kampania wyborcza umożliwi bowiem opłacenie z partyjnej kiesy i tych najbardziej lokalnych wyborów. Niewielu niezrzeszonych społeczników będzie w stanie dać odpór lawinie plakatów i ulotek kandydatów zrzeszonych w parlamentarnych, a więc finansowanych z naszych pieniędzy partiach politycznych i realnie konkurować z nimi o mandat osiedlowego radnego. W sytuacji połączonych wyborów otwiera się także pole do popisu dla "młodych i zdolnych"organizatorów partyjnych kampanii wyborczych, którzy w zamian za rozlepianie finansowanych z publicznych pieniędzy partyjnych plakatów oferować będą pierwsze pozycje na liście do Rady Osiedla. 

Przyzwyczajonych do jakości naszego życia publicznego obywateli nie zdziwi zapewne lekceważący stosunek radnych do sceptycznego stanowiska organizacji pozarządowych i lokalnych społeczników w kwestii uchwały o przedłużeniu kadencji łódzkich rad osiedli. Interesującą nowością jest natomiast łatwość, z jaką miejscy radni zlekceważyli w tym wypadku prawo. Uchwała rady miejskiej wydłużająca kadencję rad osiedli o dwa lata jest bowiem zwyczajnie nielegalna, co potwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 29.10.2009, uchylając ją. Nie sądzę, by radni nie byli świadomi bezprawności swych działań. Obecnie jednak są nieczuli na jakiekolwiek argumenty. Nie przeszkadza im, że w chwili obecnej rady osiedli praktycznie nie istnieją, skoro wydłużenie ich kadencji było bezprawne. Sytuacja ta w historii III Rzeczypospolitej jest bezprecedensowa, na dobrą sprawę nie wiadomo, co teraz trzeba z tym zrobić. Ale na pewno nie wolno było radnym Łodzi (co uczynili) forsować ponownie tego samego projektu i brnąć ponownie w groźny absurd.